Opisy wyglądu, ludzi, rzeczy i miejsc

Z dzieł klasycznych oraz o wyjątkowym pięknie i pietyzmie języka polskiego postanowiłem wynotować sobie fragmenty tekstów poświęcone opisowi ludzi (ich wyglądu, twarzy, uczesania, ubioru, zwyczajów i zachowań) oraz przedmiotów, rzeczy, miejsc i stanów.

Zofia Nałkowska — Romans Teresy Hennert

Akcja książki dzieje się w dwudziestoleciu międzywojennym w Polsce, toteż opisy nacechowane są językiem i sposobem myślenia z tamtych lat.

Porucznik Gondziłł

(…) był to człowiek dużego wzrostu, już nabierający tuszy. Twarz swą — pełną, płaską i mimo życiowych przeciwności pogodną — golił niedbale, a rzadkie wąsy nosił dłuższe nieco, niż zalecała moda. Jego mundur — za krótki i za ciasny — był całkowicie wypełniony miękkim ciałem. Gdy siadał, wówczas sukno, nie pierwszego gatunku, naciągało się i marszczyło. Gdy wstawał, fałdki pozostawały już na dłużej. Nawet gruby zimowy płaszcz nie oparł się tym przemianom. I czapka wojskowa zatraciła swój przyrodzony kształt, miękką fałdą opadając aż do karku.

(…) nie nosił mankietów — więc gdy sięgnął po potrawę albo ujmował za kieliszek, wówczas z rękawów jego munduru wychodziły daleko ręce tłuste, bujnie okryte złotawym włosem.

(…) żył duszą, sercem i wyobraźnią w tym szczególnym powietrzu, które się rodzi z oparów alkoholu, w tym świecie, gdzie każdy był życzliwy, a najtrudniejsze projekty dały się urzeczywistnić, gdzie zacierały się niesprawiedliwe różnice życiowe, antagonizmy i dystanse (…) wszystko inne było jawą, żywiołem opornym i niechętnym. Tam pewne czyny pociągały za sobą pewne przewidziane konsekwencje — dzieci chorowały, żona chciała pieniędzy, długi waliły się na głowę, awan se i ordery rozdawano niesprawiedliwie, wszystko zawsze szło źle i coraz gorzej…

Binia Gondziłłowa

Skrzydła jej ducha służyły, jak u kury, nie do latania, tylko do okrywania piskląt.

Widoczne było, że jest szczęśliwa. Miała te swoje cichutkie rozkosze domowe, które były niejako bezpieczne, w które życie nie mogło ugodzić. Sposób, w jaki lubiła czystość, był już namiętnością. Nie tylko nie znosiła brudu i nieporządku, ale ład wprawiał ją w stan niezakłóconej pogody.

Pułkownik Omski

Twarz pułkownika długa i wąska, o sępim profilu, wysuniętej cokolwiek dolnej szczęce i brwiach pochmurnie ściągniętych (…)

(…) Na jego chudych, smagłych policzkach pociemniały rumieńce (…).

Życie jego było mąką. Stał w miejscu z powstrzymanym oddechem, z dygocącymi nozdrzami — przykuty cudzą tępą wolą do wielkiego więzienia, pełnego wojskowych papierów. (…) Myślał, że to właśnie musi czuć wyżeł, gdy zwęszy stado kuropatw, podejdzie blisko i wystawia z łapą podniesioną, skamieniały z niepokoju, subordynacji i męki. Nie wolno mu drgnąć, nie wolno wcale ruszyć z miejsca. I myśliwy nie podchodzi, i strzał czekany nie pada. A chwila mija, mija…

Dziś dławił w sobie mękę nudy, gryzł się, chudł i czerniał.

(…) nie palił, pił bez namiętności, w karty nie grał, kokot nie lubił. W ogóle w sprawach pieniężnych był bardzo skrupulatny, nie robił długów, sam też niełatwo pożyczał.

Czarujący, miły, gorzkawo ironiczny, o oczach płomiennych i chłodnym temperamencie, zdawał się coś przemilczać i taić, coś knuć w udręczeniu i powściąganym gniewie.

Ojciec Omskiego

(…) był nienormalnie niski, miał dużą głowę, twarz o tłustych, pijackich rysach i malutkie, zupełnie karykaturalne ręce i nogi.

Kobieta na ulicy

Rumieńce na twarzy, wielkie, czarne spojrzenie. Kostium popielaty z kortu angielskiego. Mały, czerwony
kapelusz (…)

Wiatr gorący miotał fałdami sukni. Widać było cienkie przeguby nóg, obciągnięte popielatym połyskiem pończoch ponad popielatym matem pantofelków z irchy. Miała chód lekko się chwiejący. Oscylowanie stanu w biodrach ruchem prawie tanecznym. Idąc — jakby godziła się na to, że ją ponosi wiatr.

Profesor Laterna

Rozmiarami ciała górował nad innymi. Gruby i miękki, łatwy do śmiechu, miał wielką twarz, oczy żywe i młode, a głowę porosłą krótkim, siwym puszkiem.

Słuchał z przyjemnością małych, niedyskretnych wiadomości o ludziach. Cenił w plotce jej wartość dokumentu. Dziwił się wstydliwości, z jaką ludzie delikatni mówią o sobie nawzajem. (…) tajemnica istniała dla niego po to, by ją poznać, nie zaś, by ją szanować (…) sieć plotek, rozsnuta między ludźmi, była właśnie regulatorem tych oddziaływań. Uważał ją za objaw zorganizowania życia zbiorowego, za ważny czynnik socjalny.

Kelner

(…) wezwany kelner pochylił się ku Nutce i z przymkniętymi powiekami łowił uchem słowa jego poleceń. W całej postawie zasłuchanego sługi przebijała jedyna troska, aby oto pojąć dokładnie, przeniknąć do dna i w całej mierze dogodzić.

Generał

(…) stanął w pełnym blasku szlifów i orderów niewysoki, tęgi generał o bardzo czerwonej twarzy i małych, ospałych oczkach za binoklami.

Teresa Hennert

Teresa jedna w domu lubiła czystość. Codziennie myła się cała, ukryta za starym, mnóstwem łachów obwieszonym parawanem, który długo i chytrze należało ustawiać, by się nie przewrócił. Sama nauczyła się szyć. Długo w noc, leżąc za tym samym parawanem, obmyślała, jak przerobić sukienkę, jak ozdobić tani i brzydki kapelusz. Oddałaby duszę, by mieć modną czapeczkę na wiosnę, by mieć rękawiczki skórkowe, nie bawełniane. Miała w naturze swej już jako dziecko specjalny organ zmysłowy zbytku. Doznawała rozkoszy na widok dobrego gatunku, matowego połysku materii sportowego kroju żółtych bucików. Miała wrodzone poczucie estetyki życia. Cierpiała, gdy w domu jedzono szynkę z papieru rozłożonego na ceracie, gdy brano kawałki cukru tłustymi od jadła palcami. Rozumiała, że jest to nie tylko brak pieniądzy, lecz coś jeszcze gorszego, bardziej upokarzającego (…) Znała niską cenę wartości moralnych w przeciwieństwie do materialnych. Rozumiała cudowną piękność, tkwiącą w życiu i dającą się osiągnąć tylko przez pieniądz.

Budziła podziw rodziców pięknością swych negliżów, strojami, biżuterią, nawyknieniami. Byli z niej dumni. Rządziła nimi, była pierwszą w domu osobą — ale wcale nie rozpieszczoną ani kapryśną. Lubiła tylko ład, estetykę i wygodę, nie szalała już za zbytkiem. (…) Okazało się, że jest z natury spokojna, solidna, stworzona do zorganizowania życia domowego, do legalnej miłości. Że jest cnotliwa.

Elżbieta Sasinówna

(…) jedwabna kobieta; szczupła i wysoka, z nagim czołem i czarnymi oczami; usta prześliczne i białe zęby; brylanty kolczyków świeciły przy śniadej twarzy i ciemnych rumieńcach; z wielkimi oczami, pełnymi figlarnych błysków.

Hennert

(…) człowiek niewysoki, czysty i wyświeżony, o twarzy gładkiej i nagiej — z małym ledwie zaznaczeniem wąsów już siwiejących. Zresztą był cały pełny w miarę, zaokrąglony, przyjemny oczom.

Gładkość i przyjemna okrągłość, tak ujmująca w jego powierzchowności, cechowała również jego sposób mówienia.

Nieznajomy (gość Hennerta)

(…) niepozorny, zmięty, ogorzały (…) chociaż nie starszy ponad lat pięćdziesiąt, miał twarz całą w bruzdach i fałdach, a barki zgarbione, jakby przywalone ciężarem troski. Ręce wielkie, kościste i czerwone zaplótł mocno na kolanie. Z miękkiego barwnego kołnierzyka wychodziła szyja żylasta i długa.

(…) z cygarem w czarnych i nie wszystkich zębach.

Piwiarnia

Weszli do lokalu po kilku drewnianych schodkach okrytych zniszczonym dywanem. Zdjęte płaszcze zawierzyli służbie poważnej, siwowłosej i brudnej.

(…) w starym, ciemnym, brudnawym, ale pełnym tradycji lokalu, zwabieni wypróbowaną z dawna jakością firmowych dań, sławą tęgiej starki i w ogóle solidną, rodzimą atmosferą. (…) Słońce dalekiego południa wchodziło tu jak do podziemi. Powietrze ciężkie było od zapachu jadła i starego, przywartego do grubych murów tytoniowego dymu. (…) W paru niewielkich salach siedzieli za stołami wyłącznie mężczyźni, starsi przeważnie, koneserzy i smakosze, nie dowierzający taniemu blichtrowi wielkich nowoczesnych restauracyj.

Jedzenie

(…) Małe widelce jak dzioby, spadły na różowe mięso łososia i bladofiołkowe dzwonka tłustego jak wałek śledzia. Zaraz potem zawaliły się misterne, strojne piramidki krajanych w kostkę jarzyn i pękły kremowe polewy sosu majonezowego na zimnych jesiotrach i homarach. (…) duszone w maśle, świeże, pachnące pieczarki (…).

Przedwojenni fabrykanci i przemysłowcy

Uprawiano filantropię, czytano swe nazwiska w gazetach, zapełniano teatry, sale koncertowe i kinematografy, nadawano charakter całemu obliczu stolicy. Tu była najwyższa instancja orzekająca o powodzeniu nowej sztuki teatralnej, nowej opery, o poczytności nowej książki. Elita towarzyska, świat rodów, wielkich nazwisk, świat uczonych i znawców sztuki pływał jak małe tłuste oko na tym morzu, nawet nie wiedząc o tym, jak jest znikomy.