Pięciometrowi telekinetycy

Pomysł luźno wzorowany na zupełnie pobocznym motywie któregoś z wczesnych odcinków drugiego sezonu Star Trek: Deep Space Nine. Jest tam mowa o rasie telekinetyków i telepatów, zdolnych do przemieszczania przedmiotów, uwalniania energii (rodzaj broni) oraz wpływania na ludzkie myśli, ale tylko w odległości do pięciu metrów od siebie. Powyżej tej odległości przeciwnicy są całkowicie bezpieczni. Ponadto, energia przekazywana przez nich jest bardzo słabej mocy. Pojedynczy przedstawiciel tej cywilizacji jest w stanie podnieść niewielki przedmiot lub spowodować niewielkie poparzenie, albo nieznaczną ranę. Z tych względów rasa ta jest postrzegana przez inne cywilizacje, jako rasa słabeuszy. I od setek lat zamknięta w swojej niewielkiej enklawie na planecie X, skąd regularnie jej przedstawiciele są porywani do pracy jako niewolnicy. Dzieje się to wszystko, bo nie są oni w stanie sensownie bronić się.

Podczas któregoś tam z kolejnych pryszniców zacząłem w myślach drążyć, co by wyszło, gdyby dodać im możliwość (odkrytą przez nich samych dość niespodziewanie) działania jako wzmacniacz i przekaźnik?

Zasada

Mam tu na myśli łańcuch przedstawicieli tej rasy rozstawionych w odległości 4-5 metrów jeden od drugiego oraz idea kuli śniegowej. Ostatni w łańcuchu zaczyna, wyrzucając w stronę kolejnego strumień energii. Ten przekazuje, działając zupełnie jako energetyczny kanał transferowy (tak, aby skierowana na niego energia w całości przepłynęła przez niego, nie czyniąc mu tym samym krzywdy) przekazuje ją w całości dalej, odpowiednio tylko wzmacniając. I tak dalej, dalej i dalej. Aż do pierwszego w łańcuchu, który atakuje, przekazując niewyobrażalną jak na pojedynczego przedstawiciela tej rasy dawkę energii.

Możemy to wyobrazić sobie jako ciężki kamień używany w curlingu. Tylko tu nie ma szczotek, a jedynie pierwszy z łańcucha rozpędza kamień po lodzie, a kolejni — gdy tylko znajdzie się on w zasięgu ich rąk — dotykają go na tyle, by jedynie dołożyć swoją siłę do tej, którą już posiada. Dzięki temu na kamień działa suma jednostkowych sił nadanych mu przez poszczególne popychające go osoby.

Albo po prostu jak kulę śnieżną, która najpierw jest malutką, leniwie toczącą się po stoku kulką, a na końcu niszczącą wszystko lawiną, pędzącą w dół z olbrzymią prędkością.

Rasa

Rysując w wyobraźni postać przedstawiciela takiej rasy, widzę mimowolnie długich, chudych, niebieskich, długopalcych Na’vi z Avatara, ale to pewnie skrzywienie. Zaś wyobrażając sobie „zwierzęta” przeciwników, które będą atakowane przez telekinetyków, widzę mimowolnie olifanta / mûmakile, tylko że bez „domka” na grzbiecie, bardziej opancerzone chityną i znacznie bardziej krwiożercze. Temat generalnie do dopracowania.

Wydarzenia

Nie wiem nawet, w czym można by ten motyw wykorzystać? Wrzucam tylko luźne myśli.

Odkrycie możliwości przekazywania i wzmacniania energii telekinezy zostaje odkryte przez przypadek, poprzedzone wcześniejszymi rozważaniami teoretycznymi prowadzonymi przez młodego inżyniera. Jest on „znajomym” władcy (kto nim jest w tej rasie — król, kapłan, czy kto inny — nie wiem) lub kogoś z jego bliskiego otoczenia. Jest akceptowany, a nawet lubiany przez tę osobę, przez wzgląd na liczne wynalazki tegoż inżyniera, które okazały się przydatne w życiu cywilizacji. Nie ma tu jednak zbytniej zażyłości ze względu na fakt, że inżyniersko-teoretyczne patrzenie na świat mocno wyklucza wiarę w „bogi” (jakie, ile, kiedy, co i po co — do opracowania), redukując ją w zasadzie do poziomu cichej akceptacji. Lub nawet i to nie, bo można dodać, że głośno wyrażane poglądy ateistyczne nie przysparzają mu zbyt wielu przyjaciół, zwłaszcza w otoczeniu władzy.

Pierwsze testy są przeprowadzane jakoś tam banalnie, na jakichś drzewach itd. Gdy wynik jest pozytywny, temat dociera do „władzy”. Właściwa prezentacja jest przeprowadzana na znalezionym przypadkowo rannym „zwierzęciu” przeciwników. Normalnie, ze względu na prymitywizm, przedstawiciele tej rasy mogą jedynie pomarzyć o zwalczaniu takiego monstrum w gromadzie atakujących. Gdy jednak samotne wpadnie w jakąś pułapkę lub zrani się, to są w stanie je dobić. Tu można wymalować kolejny przykład „konfliktu”. Kapłani uważają, że każde żywe stworzenie ma prawo do życia i tylko „bogi” mogą je zabić, nawet ranne należy zostawić. Inżynier najpierw uderza w emocje, że ono i jego „koledzy” wymordowali podczas wojen i najazdów tysiące przedstawicieli rasy telekinetyków. Ostatecznie odwołuje się do miłosierdzia, bo zwierzę cierpi, a jedynie sugeruje, by ukrócić jego cierpienia w formie eksperymentu nowego odkrycia niż w tradycyjny sposób.

Kreśli mi się taka scena, w której łańcuch telekinetyków atakuje zwierzę i potem jest tylko obraz z punktu widzenia „władzy”, która mówi czyimiś tam ustami „No, to mamy przesrane”, co czytelnikowi niczego konkretnego nie sugeruje. I potem jest scena kolejnego zajazdu lub wojny, pokazana z punktu widzenia atakujących, którzy szydzą z telekinetyków ustawiających się biegiem w długie łańcuchy. Tylko jeden próbuje coś sugerować, że nigdy nie byli tak odważni lub zdeterminowani, przyjmując zawsze szyk defensywny. Ale reszta, mocno podpitych barbarzyńców, zakrzykuje go mówiąc, że to zawsze były cieniasy, które minimalne zagrożenie stanowią po przekroczeniu granicy pięciu metrów, a gdy atakujący utrzymuje ten dystans, to są bezbronni jak młode króliki wyjęte z nory. Kiedyś próbowali atakować ich kamieniami, teraz mogą próbować zabiegać ich dookoła. Nic im to nie da.

No i potem jest punkt kulminacyjny sceny. Łańcuch atakuje, energia przechodzi przez dziesiątki kolejnych telekinetyków, a u czołowego jest już tak olbrzymia, że atakowany „zwierz” nie tylko pada martwy, ale „znika” — w oka mgnieniu zostaje rozerwany na strzępy.

Na razie, na gorąco tyle. Do zobaczenia kiedyś tam…